wspomnienia Mariana Skowrońskiego w przekazie jego dzieci Bogumiły i Artura
Marian Skowroński
Olszewo-Borki we wspomnieniach Mariana Skowrońskiego zawarte w przekazie jego dzieci Bogumiły Dłużek i Artura Skowrońskiego.


"Ludzka zwyczajność, która niosła nadzwyczajną siłę i chęć przetrwania.”
Marian Skowroński, najmłodszy syn Heleny i Lucjana Skowrońskich urodził się 2 lutego 1938 roku. Był dzieckiem wojny podobnie jak jego bracia Zdzisław, Witold i Edmund. Dzieciństwa nie znał takiego, jakim my je dziś pamiętamy. Zamiast beztroskiej zabawy – huk wybuchów. Zamiast bajek na dobranoc – szeptane w ciemności modlitwy o przetrwanie kolejnego dnia. W pamięci naszego ojca na zawsze pozostały dni, gdy towarzyszył mu strach związany z wojną. Nieczęsto wracał wspomnieniami do tych czasów. W naszej pamięci zachowały się nieliczne historie, które czasami przywoływał podczas wspólnych rozmów. W czasie II Wojny Światowej był małym chłopcem, który musiał szybko wydorośleć i radzić sobie z trudami życia i okrutnymi obrazami wojny.
Opowiadał o tym jak Niemcy wysadzili most kolejowy – wycofując się, chcieli uniemożliwić Rosjanom przeprawę na drugą stronę Narwi. Huk był tak potężny, że niewielki jeszcze gorejący fragment mostu spadł na podwórko, tuż obok rodzinnego domu ojca.
W czasie wojny Niemcy mieli kuchnię polową na ich podwórku a w stodole – wojskowy zapas chleba. Był to chleb ciemny, kwadratowy, układany w stosy – bochen za bochnem, jak cegły. Pewnego dnia, kiedy przyszedł transport, dziadek – jeszcze malec – został wraz z braćmi zaangażowany do pomocy. Starsi bracia nosili bochenki, a jego – najmniejszego i najlżejszego – wyznaczono do układania ich z największą ostrożnością, by nie uszkodzić twardej skórki. Uszkodzona skórka powodowała, że chleb wcześniej się zsychał i szybko tracił ważność do spożycia. Niemcy kazali mu się wcześniej dokładnie umyć, zwłaszcza stopy. Za pomoc dzieci dostawały uszkodzone bochenki – a choć dla okupanta był to odpad, dla nich był to rarytas. W domach często brakowało jedzenia – nawet kawałek chleba był świętem. Chłopcy z radością więc zanieśli ten bochenki rodzicom.
Dom rodzinny naszego taty był pierwszym we wsi – dlatego na jego dachu Niemcy mieli punkt obserwacyjny, by mieć oko na Narew i okoliczne pola. Kiedy nadchodził front, mieszkańcy musieli uciekać – kto miał rodzinę gdzieś dalej, ruszał w drogę. Ci, którzy nie mieli nikogo – chronili się w ziemiankach (mieszkańcy nazywali je "ziemlankami") w lesie pod Nakłami. Kobiety niosły ze sobą wszystko, co mogło dać choć odrobinę ciepła – pierzyny, poduszki, koce i niezbędne naczynia do przygotowania jedzenia dla rodziny. Nasz tata wspominał dłużący się czas i przejmujące zimno, gdy całą rodziną musieli przeczekać walki na froncie w tym z pozoru bezpiecznym miejscu. Był to trudny czas dla wszystkich. Często wiązał się nie tylko z odczuwaniem przejmującego lęku i zimna, ale i głodu. Nie wolno było palić ogniska, bo unoszący się dym mógł szybko zdemaskować miejsce kryjówki.
Po przejściu frontu, mężczyźni z wsi pomagali zbierać ciała poległych żołnierzy. Tata z przerażeniem wspominał, jak Rosjanie kazali przywiązywać ciała po kilka sztuk nogami do łańcucha – i tak przeciągano je w jedno miejsce, gdzie dokonywano szybkiego pochówku. I choć nie pozwalano dzieciom brać w tym udziału, ciekawscy chłopcy z ukrycia przyglądali się pracy ojców, wujów i dziadków.. Dopiero, gdy ciała poległych zostały pochowane, kobiety z dziećmi wracały do domów. Często zastając ogromne zniszczenia. W ogromnym trudzie od nowa budowali codzienne życie.
Dzieci doroślały szybciej niż powinny. Starały się pomagać dorosłym jak tylko mogły. Często podejmując wielkie ryzyko. Przy torach znajdowały się składy węgla. Dzieci – mimo ryzyka – próbowały wynosić w wiaderkach choć trochę do domów. Starsi bracia wysyłali właśnie naszego tatę wierząc, że jego wiek uchroni go przed przykrymi konsekwencjami i nie spowoduje złości żołnierzy pilnujących składów opału.
Nasz tata wraz z braćmi i kolegami ze wsi chodzili łowić ryby nad Narew. Używali kostek trotylu, by ogłuszyć ryby. Raz ich metoda zainteresowała rosyjskich żołnierzy pływających łódką po rzece. Zaintrygowani skutecznością metody połowu stosowaną przez wiejskie dzieci i skuszeni łatwością połowu, włożyli duże ilości kostek trotylu do worka i wrzucili do wody. Z tymże nie zachowali odpowiedniej ostrożności i nie odpłynęli. Zginęli w wybuchu na oczach dzieci.
Bieda i brak dostępności do żywności sprawiały, że dorośli jedli ostatni. Najpierw jadły dzieci, a to co zostało zjadali dorośli. Tak swoich rodziców wspominał nasz tata. Sadzali do stołu najpierw synów i pilnowali, aby ci dobrze się najedli. Dopiero, gdy coś zostało, siadali sami. Często jednak jedzenia było mało. Nasz tata udawał wtedy, że już się najadł i odstępował swoją porcję rodzicom,
Po wojnie część domów została spalona przez Niemców. Trzeba było zaczynać od nowa. Kolejarze – jak nasz dziadek Lucjan Skowroński – dostawali pozwolenia na budowę i asygnaty. Materiały przywożono z Olsztyna. Dziadek Lucjan pracował na kolejce wąskotorowej, która prowadziła do Myszyńca a stamtąd do Nowogrodu. Powstała podczas I Wojny Światowej a została zlikwidowana 1975 roku. Tory kolejki rozciągały się po lewej stronie ulicy Warszawskiej (w kierunku z Olszewa-Borek do Ostrołęki). Tak wówczas mieszkańcy dojeżdżali do miasta.
Nasz tata często wspominał wyprawę do Częstochowy, którą całą rodziną i sąsiadami odbyli tuż po wojnie. W drodze powrotnej jechali uszkodzonym pociągiem – jedno z okien było nieszczelne lub wybite. Zima była sroga. Jego ojciec, w ciepłym kolejarskim płaszczu, stanął przy oknie, by osłonić rodzinę przed mrozem. Przemarzł tak bardzo, że w nocy dostał wysokiej gorączki. Domowe sposoby radzenia sobie z chorobą nie zadziałały i kolejnej nocy, gdy stan dziadka się pogorszył, nasz tata przedzierał się nocą przez zaspy śniegu, by sprowadzić felczera z ulicy Warszawskiej. (budynek przy torach, który już nie istnieje). Felczer dał wówczas naszemu tacie miksturę ziołową na spirytusie i kazał nią nacierać chorego. Rano pojawił się u dziadków w domu. Dał leki, dzięki którym nasz dziadek wyzdrowiał.
To były czasy, gdy zimy bardzo srogie a zaspy śniegu bardzo wysokie. Nasz dziadek Lucjan przywoływał takie wspomnienie, gdy raz przez zaspę śniegu przewrócił się parowóz. Mężczyźni ze wsi własnymi siłami go podnieśli. Podkreślał wtedy ich ogromną krzepę.
Mama naszego taty– babcia Helena – była kobietą, która niejedno w życiu przeszła. Los jej nie oszczędzał, ale nigdy nie narzekała. O swoich przykrych przeżyciach, śmierci malutkich dzieci opowiadała już bez większych emocji - wydając się na pogodzoną z losem. Doceniała to co miała i dbała jak mogła o dzieci, które los zostawił przy niej. Potrafiła z prostych rzeczy wyczarować smak dzieciństwa, do którego dziś wracamy myślami. Piekła pyszne serniki, makowce i ciasto drożdżowe, którymi chętnie częstowała bliskich i sąsiadów. Zawsze robiła wypieki na święta, którymi dzieliła dzieci i wnuki. Przez lata z jej rąk wychodziła najlepsza kapusta kiszona w okolicy. Tak dobra, że kupowały ją nawet lokalna stołówka szkolna i bar w budynku GS-u. W naszych sercach przetrwały nie tylko te smaki, ale też zupa, którą babcia nazywała „dziadówką”. Gotowała ją z tego, co było: ziemniaki, makaron, groch, fasola – wszystko razem. Prosta, syta, aromatyczna. Babcia Helena – pozostała w naszej pamięci jako cicha bohaterka codzienności, która potrafiła stawić czoła trudom życia codziennego i zachować przy tym życzliwość. Dziadkowie i nasz ojciec zapisali się w naszej pamięci jako ludzi pragmatyczni. Byli też zawsze pomocni i życzliwi. Nigdy nie odmawiali pomocy. Z ogromnym szacunkiem mówili zawsze o swoich sąsiadach. Pomoc sąsiedzka była wielka a relacje bardzo dobre. Sąsiedzi podawali sobie dzieci do chrztu, mimo że nie byli ze sobą spokrewnieni. Ten zwyczaj pokazuje w jak dobrych relacjach żyli mieszkańcy Olszewa-Borek.
Nasz dziadek Lucjan jako nastolatek walczył w I Wojnie Światowej pod dowództwem Marszałka Rydza-Śmigłego. Te pierwsze drastyczne doświadczenia wojenne ukształtowały w nim waleczność i walkę o przetrwanie rodziny.
Ku pamięci ojca i dziadków - Bogumiła Dłużek i Artur Skowroński


Rodzice Mariana Skowrońskiego
1. Lucjan Skowroński
2. Helena Skowrońska z domu Małkowska


Marian Skowroński z bratem Zdzisławem - Nowy Jork 1969r.
Marian Skowroński z żoną Ireną - Nowy Jork - rok 1999.

Marian Skowroński z synem Arturem Skowrońskim -Nowy Jork, 2019r.
