wspomnienia mieszkanki Bogumiły Dłużek


Bogumiła Dłużek (Skowrońska)

Olszewo-Borki we wspomnieniach Bogumiły Dłużek wnuczki Heleny i Lucjana Skowrońskich urodzonej 30 października 1960r. w rodzinie Ireny i Mariana Skowrońskich.

"Olszewo-Borki - siła wspólnoty."

           Chociaż jako dziecko nie mieszkałam w Olszewie-Borkach, wieś ta była obecna w moim życiu od najmłodszych lat. Związana byłam z nią poprzez rodzinę mojego taty – Helenę i Lucjana Skowrońskich, moich dziadków, których dom znajdował się na samym początku wsi. To właśnie od ich drewnianego domu przez wiele lat, aż do czasu, gdy w latach siedemdziesiątych zaczęły powstawać nowe domy, rozpoczynały się Olszewo-Borki. Mieszkańcy, udający się do Ostrołęki czy dalej koleją, zostawiali na ich posesji swoje rowery, a czasem nawet wozy konne. Dziadkowie byli ludźmi otwartymi, pomocnymi – nikomu nie odmawiali wsparcia, czym zyskali sobie sympatię sąsiadów. Pokorę i chęć pomocy przekazali swoim dzieciom – mojemu tacie i jego braciom. Pokorni i pracowici. Taki był również mój tata i jego bracia. Najstarszy Zdzisław dopóki jeszcze mieszkał w Olszewie-Borkach często pomagał sąsiadom w różnorodnych naprawach. Naprawianie zepsutych przedmiotów i urządzeń przychodziło mu z ogromną łatwością. Z kolei Witold, pracujący niegdyś tzw. Radzie Gromadzkiej dzisiejszym odpowiedniku Urzędu Gminy, po pracy często pomagał okolicznym mieszkańcom pisać podania, wnioski i wypełniać pisma urzędowe. Tym, którzy nie potrafili czytać - odczytywał i tłumaczył zawiłości przepisów i decyzji urzędniczych. Nazywano go we wsi "sekretarzem". Przez jakiś czas w latach młodości również mój tata był urzędnikiem Rady Gromadzkiej a do sąsiednich wiosek w celu załatwiania spraw służbowych udawał się jak to mawiał "służbowym" rowerem bez względu na to jaka była pogoda czy pora roku. Odpowiedzialny był za spisywanie inwentarza.
W latach sześćdziesiątych mój stryj Zdzisław wraz z żoną Elżbietą zakupili telewizor. Był to pierwszy odbiornik we wsi. Każdego dnia na czas "Dobranocki" i "Dziennika Telewizyjnego" zarówno stryj jak i moi dziadkowie zapraszali wszystkich mieszkańców na wspólne oglądanie. Znosili krzesełka, ławki i wszystko to na czym dało się siedzieć, aby sąsiadom było wygodnie. Wspólne zasiadanie przed telewizorem stało się tradycją, a wszyscy chętni zobaczyć co dzieje się w Polsce byli mile widziani i zawsze było dla nich miejsce.

Pod koniec lat sześćdziesiątych stryj Zdzisław wraz żoną Elżbietą i synem Wojciechem wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i zamieszkali w Nowym Jorku. Wcześniej zmarł również mój dziadek Lucjan. Babcia Helena pozostała w domu wraz synem Witoldem.  Gdy byłam nastolatką pamiętam jak babcia z determinacją zachęcała mnie do udziału w – „Niedzielach na Wsi”, które w latach siedemdziesiątych organizowano, by umilić czas zmęczonym codzienną pracą mieszkańcom wsi. To były wyjątkowe dni – do Olszewa-Borek przyjeżdżali znani artyści, odbywały się koncerty, przedstawienia i spotkania, które na chwilę pozwalały oderwać się od trosk i trudów życia. 

Na podwórku dziadków znajdowała się tzw. ziemianka. Przechodząc koło domów moich dziadków można jeszcze ją dostrzec. Przechowywano tam wówczas ziemniaki, buraki, marchew, kapustę. Wszelkie zbiory z pól i zrobione przez babcię przetwory. To była prawdziwa skarbnica. Tak wówczas przechowywano żywność i takich ziemianek we wsi było więcej. Pamiętam zakupy w lokalnym sklepiku. Jak dziecko szczególną uwagę zwracałam na dropsy, cukierki irysy i toffi oraz lizaki. Wyroby czekoladowe były wówczas bardzo drogie.

Wokół niektórych drewnianych domów i również w ogrodzie mojej babci rosły malwy i piwonie. Pamiętam, że we wsi był kowal i rymarz. Moi rodzice  kupowali u niego paski skórzane. Były tam również inne wyroby ze skóry. 

Gdy przyjeżdżałam do babci zawsze chętnie bawiłam się z moimi koleżankami. Często chodziłyśmy w okolice obecnej ulicy Przytulnej. Wówczas były to łąki, na których znajdowała się sadzawka pełna żab. Nie było ulic Dojazdowej, E. Orzeszkowej - cały teren stanowiły łąki i pola poprzedzielane wąskimi dróżkami/miedzami. Gospodarze wypasali tu krowy. 
W latach dziewięćdziesiątych, gdy było tu już osiedle na ulicy Dojazdowej rósł tu jeszcze piękny stary dąb. Tu gdzie teraz jest przychodnia lekarska i osiedle domów jednorodzinnych były pola, gdzie naprzemiennie uprawiano zboża i ziemniaki.
Pola rozciągały się również tu gdzie teraz jest ulica Średnia i Mickiewicza. Polna dróżka między łanami zbóż prowadziła droga do torów na Stacji Grabowo skąd można było dojechać kolejką lub autobusem do miasta. Przy nieistniejącym już budynku stacji kolejowej znajdował się kiosk Ruchu. Na dole tego budynku znajdowała się poczekalnia dla podróżnych ogrzewana piecem kaflowym na węgiel. Kupowało się tam również bilety. Z dzieciństwa pamiętam jeszcze jak koleją przez Olszewo-Borki przejeżdżały transporty ze sprzętem wojskowym i radzieckimi żołnierzami. Czasami pociąg zatrzymywał się tu na kilka godzin i wówczas można było kupić od nich złotą biżuterię.

W roku 1979 tuż po maturze rozpoczęłam pracę w tutejszym Urzędzie Gminy. Czas ten wspominał bardzo miło. Tamta atmosfera pracy była wyjątkowa – ludzie serdeczni, pomocni, zaangażowani w sprawy mieszkańców. Wspominam szczególnie czas po wielkiej powodzi – odwiedzałam domy zniszczone przez wodę, widziałam zmartwienie ludzi, ale także niezwykłą solidarność. Powstał wówczas przy urzędzie magazyn z darami: żywnością, ubraniami, sprzętem codziennego użytku. Dla wielu rodzin była to ogromna pomoc. Pamiętam jak powstała inicjatywa budowy ośrodka zdrowia i jak pracownicy wyszli z pomysłem zbierania środków na ten cel. Kupowaliśmy wówczas tzw. "cegiełki". Również mieszkańcy wsi i gminy, których często spotykałam w pracy, byli ludźmi przyjaznymi i sympatycznymi, z którymi miło prowadziło się rozmowy i załatwiało ich sprawy.
Pracę w Urzędzie rozpoczęłam po wielkiej powodzi i do tej pory pamiętam jak z racji wykonywanych obowiązków oglądałam dotknięte i zniszczone przez nią domy. Pamiętam jak bardzo mieszkańcy były przejęci i zmartwieni konsekwencjami kataklizmu. Ich w trudzie gromadzone dobytki, budowane domy - uległy zniszczeniu. Był to przykry i przejmujący widok. Jednak optymizmem i wiarą w ludzi napawał fakt, że starano się sobie bardzo pomagać. Przy Urzędzie Gminy powstał magazyn z darami dla powodzian. Były to ubrania, buty, sprzęty codziennego użytku, konserwy i inna żywność długoterminowa. Dary te były wówczas ogromnym wsparciem dla najbardziej dotkniętych powodzią mieszkańców Olszewa-Borek.
Do pracy dojeżdżałam z Ostrołęki - autobusem MZK do Grabowa Stacja - dalej szło się pieszo. Połączeń było mało. I choć pracę w urzędzie rozpoczynałam od 8 , to aby zdążyć do pracy przyjeżdżałam autobusem wcześniejszym i w siedzibie urzędu byłam już o 7, bo innego połączenia nie było.

Olszewo-Borki to miejsce, z którym byłam związana, z którego wywodził się mój tata i w związku z tym po otrzymaniu działki od mojej babci zdecydowałam się pobudować tu dom i osiedlić, mimo że w tamtym okresie była to wieś jeszcze niezbyt dobrze skomunikowana z miastem, jednak intensywnie rozwijająca się. Mieszkańcy byli bardzo zdeterminowani, by Olszewo-Borki stały się miejscem wygodnym do zamieszkania i codziennego życia. W sierpniu 1991 roku przeprowadziłam się do nowo wybudowanego domu wraz z mężem i córkami. Przez ponad 30 lat mojego mieszkania w tej wsi, miałam zaszczyt obserwować jej intensywny rozwój. Ku zadowoleniu mieszkańców powstawały sklepy spożywcze, odzieżowe, chemiczne, apteka. Pamiętam zakupy w sklepie spożywczym Państwa Myślaków. Był to drewniany sklep - bardzo dobrze zaopatrzony. Za jakiś czas powstał kolejny prowadzony przez Państwa Biedrzyckich. Sklepy były ustawione wzdłuż ogrodzenia Państwa Kulasów. Pomiędzy nimi znajdował się mały sklep Pani Danuty Bałdygi.  Rozbudowała się szkoła, Powstał budynek tzw. gimnazjum a tuż obok niego boisko, w miejscu w którym niegdyś był sosnowy lasek i teren SKR-u, na którym tuż za naszą działką znajdowały się dwie gliniane górki, na których moje córki i inne dzieci spędzały czas zimą. 
Stary przystanek znajdujący się po stronie szkoły i Urzędu Gminy został zastąpiony nowym z zajezdnią. Powstało również więcej połączeń. Przy przystanku powstał kiosk. Piaszczyste drogi, które wiosną były trudne do przejścia zastąpił asfalt. Komfort życia mieszkańców stale się poprawiał. Olszewo-Borki piękniały i tym samym, coraz więcej osób decydowało się tu przeprowadzić. Miło wspominam takie sąsiedzkie gesty jak wymienianie się sadzonkami kwiatów, aby upiększyć nasze działki, które aż do roku 2000 każdej wiosny podchodziły wodą. Odczuwało się wówczas fakt, że mieszka się na ziemiach podmokłych. Woda z rowów wylewała tworząc na łąkach rozlewiska. Piwnice podchodziły wodą i mężczyźni musieli ją usuwać pompami lub wiadrami. 

Pamiętam również, jak wielkim wydarzeniem dla całej naszej społeczności było rozbudowanie linii telekomunikacyjnej. Na początku lat 90., w czasach, gdy telefon był jeszcze rzadkością. Telefonów  w naszej miejscowości było niewiele. Mieszkańcy Olszewa-Borek postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Zawiązał się społeczny komitet, który z wielkim zaangażowaniem zabiegał o to, aby i w naszej wsi można było korzystać z telefonów stacjonarnych. To były czasy, gdy ludzie wierzyli w siłę wspólnoty – chodzono od domu do domu, zbierano podpisy, prowadzono rozmowy z urzędami, nie zrażano się trudnościami. Dla młodszych pokoleń to już historia, ale dla nas wtedy telefon w domu oznaczał bezpieczeństwo, łączność i otwarcie na świat. Była to kolejna cegiełka w budowaniu nowoczesnej, silnej i zintegrowanej społeczności naszej wsi.

Szukaj