wspomnienia mieszkanki Elżbiety Stepnowskiej


Elżbieta Stepnowska (Nakielska)

Olszewo-Borki we wspomnieniach mieszkanki Elżbiety Stepnowskiej emerytowanej nauczycielki w Szkole Podstawowej im. Władysława Broniewskiego w Olszewie-Borkach.

"Chyba nie ma kamienia i nie ma drzewa, którego bym nie pamiętała...” 

                  Takimi słowami dnia 20 marca 2025 roku rozpoczęła powrót do wspomnień o Olszewie-Borkach Pani Elżbieta Stepnowska z rodu Nakielskich. Emerytowana nauczycielka Szkoły Podstawowej im. Władysława Broniewskiego i mieszkanka wsi urodzona w 1946 roku.

DZIECIŃSTWO
                   Olszewo-Borki w moich najwcześniejszych wspomnieniach to jedna główna piaszczysta, bezimienna ulica, przy której, po obu stronach, stały drewniane domy z ławeczkami. Na nich to właśnie najstarsi mieszkańcy naszej wsi snuli ciekawe rozmowy i opowieści. Od strony Ostrołęki wieś zaczynała się od drewnianego domu Państwa Skowrońskich, a kończyła na domu Państwa Stepnowskich. Z czasem ulica zyskała nazwę. Najpierw nazywano ją Wiejską, by ostatecznie stała się ulicą Władysława Broniewskiego. Nieliczne domy znajdowały się również na obecnej ulicy 3 Maja, ulicy Warszawskiej i Wierzbowej. Teren, gdzie dziś stoją szkoła, Urząd Gminy, GOK – był kiedyś pagórkowaty. Piaszczyste górki porastały jałowce, karłowate sosny, wrzosy i trawy. Latem to miejsce stawało się boiskiem piłkarskim, które gromadziło wszystkie dzieci z okolicy, a zimą stawało się torem saneczkowym. Ten piaszczysty teren kończył się przy krzyżu (teraz ulica Broniewskiego), który ufundował jeden z mieszkańców na okoliczność szczęśliwego powrotu z Francji, do której dotarł wraz z żołnierzami podczas I wojny światowej. Krzyż ten przez wiele lat żegnał zmarłych mieszkańców, którzy byli właśnie do niego odprowadzani w korowodzie żałobnym w drodze na ostrołęcki cmentarz. 

             Najpiękniejszym miejscem, jakie pamiętam, był duży staw otoczony brzozami znajdujący się na łące za domami (część po prawej stronie wsi). To właśnie nad tym stawem wychowało się wiele pokoleń dzieci. Zimą lodowa tafla tętniła życiem – całymi dniami graliśmy w hokeja, a rodzice własnoręcznie strugali nam kije, byśmy mogli rozgrywać kolejne turnieje. Marzliśmy, ale nie odpuszczaliśmy żadnej rozgrywki. Ten staw był dla nas wszystkim – miejscem zabawy i beztroski. Miejscem, w którym chociaż na chwilę zapominało się o trudach i niedogodnościach codziennego życia. Godziny spędzone na torach kolejowych to inny obraz mojego dzieciństwa. Chodzenie po szynach było naszą ulubioną zabawą – kto najdalej się utrzymał, nie spadając, ten był mistrzem. Ale trzeba było uważać – pociągi kursowały regularnie i często. Ich stukot odmierzał nam czas, a gwizd lokomotywy niósł się daleko po wsi, odbijając się echem od domów i pól. Mój rodzinny dom znajdował się właśnie przy torach, w sporej odległości od innych domostw. A dźwięk pociągów stawał się naturalnym tłem naszego życia.

Im bliżej torów, tym teren stawał się coraz bardziej podmokły i zalewowy. W całej miejscowości było wiele rowów melioracyjnych, które wówczas pełniły bardzo ważną rolę. Woda w nich była tak czysta, że podczas sianokosów pito ją, by ugasić pragnienie podczas trudnej pracy. Dbano wówczas o rowy z największą starannością – regularnie je oczyszczano, nie pozwalając, by zarastały czy zamulały się. W ich spokojnych i przejrzystych wodach pływały małe rybki, kumkały żaby. 

Rok 1958 przyniósł wielką powódź. Woda, która zalała pola i łąki, zaczęła się cofać, pozostawiając po sobie mnóstwo ryb, zwłaszcza w rowie biegnącym wzdłuż torów, połączonym z rzeką Omulew. Był to rów przeciwczołgowy - wykopany jeszcze przez Niemców, którzy w czasie II Wojny Światowej stacjonowali w naszej wsi. Pamiętam dzień, gdy rodzice i dziadkowie byli poza domem, a ja zostałam z młodszym bratem. Wtedy wpadliśmy na pomysł, by nałapać jak najwięcej ryb. Oczywiście, to on musiał to robić, ponieważ mnie dotknięcie ryby napawało obrzydzeniem. Brat z entuzjazmem wyławiał je jedna po drugiej, wrzucając do wszystkiego, co tylko nadawało się do przechowania – wiader, misek i garnków. Gdy do domu wrócił dziadek i zobaczył nasze "zdobycze" nakazał mi roznieść ryby mieszkańcom wsi. W tamtych czasach nikt nie miał lodówek, więc nie było mowy o dłuższym przechowywaniu takiego połowu. Pamiętam, jak chodziłam od domu do domu, dzieląc się tym, co dała natura. We wsi wszyscy mieszkańcy żyli w zgodzie, pomagając sobie wzajemnie. Była akuszerka, która pomagała przy porodach. Zielarka, do której można było się zwrócić w przypadku choroby i prężnie działająca kuźnia kowalska. Ziemia była trudna i wymagająca. Plony nie były urodzajne a jednak przez pokolenia żywiła gospodarzy i ich rodziny. Ziemia była przekazywana z pokolenia na pokolenie i traktowano ją z ogromnym szacunkiem i przywiązaniem. Obecne ulice Średnia i Armii Krajowej wówczas piaszczyste i polne - prowadziły na pola i łąki rozciągające się aż do torów kolejowych. Na terenie między tymi dwiema ulicami, na polu, znajdował się kolejny krzyż tak stary, że nikt z mieszkańców nie pamiętał jego pochodzenia. Krzyż obecnie stoi na terenie kościoła. Został tam przeniesiony. Każdej wiosny te tereny były zalane wodą i gospodarze niecierpliwie czekali na czas, gdy można będzie rozpocząć już pierwsze prace. Nadejście wiosny przypominało dzieciom o obowiązku wypasania krów i gęsi i tym samym spędzania wielu godzin na łąkach.

SZKOŁA
         Ja i pozostałe dzieci ze wsi chodziliśmy do szkoły podstawowej, która mieściła się w budynku przy ulicy Warszawskiej, w którym obecnie działa sklep spożywczy i siłownia. Na górze mieszkali właściciele budynku natomiast na dole były sale lekcyjne. Marzeniem wszystkich mieszkańców zarówno tych najmłodszych jak i seniorów była szkoła w naszej wsi. Rodzicom zależało na tym, aby dzieci miały bliżej i bezpieczniej. Gdy tylko nadarzyła się taka sposobność, mieszkańcy w czynie społecznym po zakończonych pracach w gospodarstwie, do późnych godzin nocnych spłaszczali pagórkowaty teren, aby przygotować go pod budowę szkoły. Determinacja i włożony trud były ogromne. Zanim powstał budynek szkoły, pierwsza szkoła w naszej miejscowości mieściła się w izbach użyczonych przez gospodarzy. Nocą z 31 sierpnia na 1 września mężczyźni przewieźli meble i wyposażenie ze szkoły w Grabowie Stacja a kobiety przygotowały izby, tak aby było w nich czysto i estetycznie. Był to finał zagorzałej walki między mieszkańcami wsi Grabowo, Grabowo Stacja, Nakły i Olszewo-Borki i reakcja na słowa inspektora do spraw oświaty, który aby znaleźć konsensus w tym trudnym sporze powiedział, że szkoła będzie znajdować się tam, gdzie będą ławki. I tak w 1963 roku szkoła zaczęła działać w Olszewie-Borkach. Przez kilka lat szkoła funkcjonowała w domach gospodarzy, a gdy pojawiła się możliwość wybudowania szkoły z prawdziwego zdarzenia, ze wszystkimi udogodnieniami - mieszkańcy organizowali potańcówki, podczas których zbierane były datki na wsparcie budowy szkoły. Szkoła otworzyła swoje drzwi dla uczniów 1968 roku. Równie hojni okazali się mieszkańcy naszej wsi i okolicznych miejscowości, gdy już jako nauczycielka tej szkoły wraz z innymi pedagogami zbierałam pieniądze na jej rozbudowę. Odkąd pamiętam mieszkańcy potrafili sobie nie tylko pomagać, ale i jednoczyć swoje siły, by zadbać o rozwój miejscowości. Powstanie szkoły w Olszewie-Borkach zdeterminowało losy naszej wsi. Wraz ze szkołą miejscowość zaczęła się intensywnie rozwijać. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zaczęły powstawać nowe instytucje i domy. 
       Ja, powróciłam do rodzinnej wsi wraz z moim mężem i dziećmi w roku 1982. Zamieszkaliśmy przy ulicy Adama Mickiewicza i wkrótce oboje rozpoczęliśmy pracę w lokalnej szkole.


Szukaj