wspomnienia mieszkańca Olszewa-Borek Stanisława Leonarskiego

Stanisław Leonarski

Olszewo-Borki we wspomnieniach mieszkańca Stanisława Leonarskiego 

"Dawne pokolenia zaczynały od kobyły i żelaźniaka".

Moi rodzice, Czesław Leonarski i Anna, z domu Stepnowska, doczekali się mojego przyjścia na świat w 1948 roku. Poród miał miejsce w naszym rodzinnym domu, w otoczeniu codzienności wsi. Przy narodzinach asystowała Pani Olszewska – znana w całej okolicy akuszerka, której kobiety ufały bezgranicznie. Mówiono o jej niezwykłych zdolnościach i doświadczeniu. O tym, jak niejednokrotnie ratowała życie i matki, i dziecka nawet przy skomplikowanych porodach. 

Przyszedłem na świat 5 czerwca, choć w dokumentach widnieje inna data -  5 lipca. Dawniej urząd stanu cywilnego dla naszej wsi znajdował się w Rzekuniu. Rodzice mieli dwa tygodnie na zgłoszenie noworodka, a często w natłoku obowiązków w gospodarstwie czy też polu brakowało czasu na terminowe dopełnienie tych formalności. Aby uniknąć kary, zmieniano datę. Tak więc moje narodziny noszą w sobie tę małą, urzędową tajemnicę, a prawdziwą datę zachowała tylko pamięć rodzinna. Pamiętam narodziny mojego młodszego brata. Miałem wówczas cztery lata. Do porodu wezwano Panią Olszewską. Gdy przyszła, oceniła z wielką precyzją kiedy nastąpi poród. Uznała, że zdąży jeszcze wrócić do domu i wydoić krowy. Gdy przyszła ponownie, po dziesięciu minutach, powitaliśmy na świecie kolejne dziecko. 

Olszewo-Borki mojego dzieciństwa to przede wszystkim piaszczyste górki i wzniesienia porośnięte sosnami. Bliżej Nakieł wiosną i latem drzewa, zwłaszcza olszyny, były otoczone rozlewiskami i bagnami. Wśród traw i sitowia można było znaleźć szczupaki, które wypływały na powierzchnię, gdy po wodzie przechodziły wypasane przez nas na pastwiska krowy. Górki przed Nakłami, zimowe miejsce zabaw okolicznych dzieci, wydawały się wówczas ogromne – z ich szczytu można było dostrzec strzelisty dach kościoła w Rzekuniu. Gdzieniegdzie widoczne były także tak zwane biele. Były to suche, wyżej położone łąki, które odcinały się od okolicznych podmokłych terenów. Droga do Nakieł, zanim nastąpiła komasacja w 1965 roku, prowadziła wydeptaną ścieżką, przy której od zawsze stał metalowy krzyż – dziś znajduje się na terenie naszego kościoła. Niegdyś stał dumnie w polu. Nikt z nas jednak nie wiedział kto i w jakich okolicznościach go postawił. 

Wspomnienia z dzieciństwa wypełniały też zwyczaje codziennego życia: tarcie lnu przy zboirniku wodnym zwanym parowem. Kobiety używały cierlicy, na której oddzielały włókno od reszty rośliny. Tak przygotowane włókna potem przędło się na kołowrotku, tworząc nici, z których powstawały lniane tkaniny. Kołowrotek był wówczas w każdym domu. Z kolei nad brzegami Narwi kobiety robiły pranie. Po pracach w polu, po powrocie ze szkoły kąpaliśmy się tam, czasem nawet jeszcze wiosną. Pamiętam sytuacje, gdy wozy tak zwane wówczas żelaźniaki grzęzły na gównej, piaszczystej drodze Olszewa-Borek. Wszyscy, którzy byli na zewnątrz pomagali wypchnąć wóz. 

Domy w naszej wsi były wielopokoleniowe. Ja spędzałem wiele czasu z babcią Marią Leonarską z domu Kozłowską, która snuła opowieści o rodzinie, wojnie i dawnych czasach. To od niej dowiedziałem się, że powstanie linii kolejowej bięgnącej przez naszą wieś znacząco zmniejszyło biedę. Okoliczna ziemia trudna do uprawy nie zapewniała dobrobytu. Dniówki na kolei wynosiły 250 zł, podczas gdy praca w polu, w przypadku najęcia się do pracy, dawała zaledwie 5 zł. Wiem, że początkowo stacja miała nazwę Grabowo Olszewo, ale niemieccy żołnierze skrócili ją do pierwszego członu czyli Grabowa, bo było im łatwiej wymawiać, gdy informowali na jakiej stacji zatrzymuje się pociąg. Dzięki uruchomieniu kolei, powstała osada Grabowo, gdzie w nowo wybudowanych budynkach zamieszkali pracownicy obsługi i administracji. Do lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku na moście kolejowym stali strażnicy. Wejście na most dla pieszych było wzbronione. 

Z historii przekazywanych przez rodziców i babcię wiem, że moi rodzice w 1945 roku, podczas działań wojennych, musieli uciekać do Baranowa. Sroga zima, małe dzieci. Zanim ojciec znalazł schronienie, wszyscy zmarzli. Starsze rodzeństwo przeziębiło się, a jeden z braci w wieku czterech lat w wyniku powikłań zmarł na zapalenie płuc. Ludzie wówczas nie mieli dostępu do leków, leczyli się wykorzystując to, co daje natura i tak np. wiosną kąpano dzieci w skrzypie wodnym, który według medycyny ludowej miał oczyszczać organizm po zimowych infekcjach. Choroby kobiece, w tym nawet guzy nowotworowe, leczone były tzw. kobylakiem. 

W rozmowach starszych mieszkańców wsi zamiast jednej nazwy Olszewo-Borki przewijała się  nazwa Borki - odnosząca się do tej część wsi, gdzie teraz znajduje się najstarsza część ulicy Broniewskiego dawniej zwanej Wiejską. Natomiast Olszewo do terenów położonych bliżej torów. Moja babcia most na Omulwi nazywała mostem na Olszewie. Z opowieści babci wiem, że w roku 1926 Olszewo-Borki dotknęła wielka powódź. Każdego roku wiosną Narew tworzyła ogromne rozlewiska aż do ul. Warszawskiej, w których już od kwietnia okoliczne dzieci, w tym ja, kąpaliśmy się. Omulew jaką pamiętam była dużo szerszą rzeką. 
W 1926 roku woda dotarła do miejsca, w którym teraz znajduje się szkoła podstawowa i Gminny Ośrodek Kultury. Odcięła lokalną ludność. Zmarłych w trumnach transportowano na ostrołęcki cmentarz łódkami i składano do grobów pełnych wody.

W pamięci zachowałem powiedzenia mojej babci i innych starszych mieszkańców np. “Chleb i woda - nie ma głoda” lub te słowa, które wymawialiśmy jako dzieci przy bólu zębów: “Księżycu drogi, mój ząb ubogi. Weź ząb drewniany, a daj kościany”. 
Powiedzenia i opowieści krążyły po domach podczas codziennych odwiedzin, które były czymś oczywistym i nie trzeba było się zapowiadać czy czekać na zaproszenie. Dbano wówczas bardzo o dobre relacje sąsiedzkie. Na przykład podczas wykopków czy innych prac polowych pomagano sobie wzajemnie, a po ciężkiej pracy w ramach podziękowania za pomoc i wsparcie urządzano gościny czasami nawet z muzyką. Pracę w polu rozpoczynało się wcześnie rano. Na przykład żniwa rozpoczynały się o 4 rano i przerywane były o 9. Wracało się do domu, by uniknąć letniego skwaru. Nie był to jednak czas odpoczynku. W godzinach południowych po naszej wsi roznosił się dźwięk klepania kosy czyli jej ostrzenia. 

Z powodu słabej ziemi i małych gospodarstw był nacisk, aby dzieci miały fach w ręku i uczyły się konkretnego zawodu. Wielu z nas po ukończeniu szkoły podstawowej kontynuowało edukację w ostrołęckich szkołach średnich. Do miasta dojeżdżało się kolejką wąskotorową. Kolejka biegnąca wzdłuż ulicy Warszawskiej nie miała dużej prędkości. W wagonikach pojawiały się żartobliwe napisy: „Zbieranie grzybów podczas jazdy surowo wzbronione” - co miało podkreślić fakt, że czasami można było nawet tę kolejkę dogonić. Ja dojeżdżałem do szkoły rowerem a później motorem WFM. Kształciłem się w zawodzie technik elektryk. 

Wracając do dzieciństwa, warto powiedzieć, że ul. Warszawska była wyłożona tzw. tłuczniem. Był to jasny kamień. Gdy przejeżdżało auto, z kamienia obficie unosił się kurz. Gdy bawiliśmy się w okolicach i zobaczyliśmy unoszące się duże ilości pyłu, natychmiast biegliśmy sprawdzić, jakie auto przejeżdża. Samochody były rzadkością a ich pojawienie się na drodze wzbudzało sensację. Pamiętam jak w 1958 roku zakładano w naszej wsi elektryczność. Koledzy, zafascynowani autem należącym do pracowników, poprosili o możliwość przejażdżki. Podjechali aż do Dobrołęki wiedząc, że będą musieli wrócić pieszo. 

Dom mojej babci Marii Leonarskiej wybudowany w 1936 roku, podobnie jak inne w naszej wsi, zbudowany był z drzewa sprowadzanego z Białowieży przez rzekę. Transportem drewna z puszczy zajmowali się mieszkańcy Dzbenina. Mieszkańcy Dzbenina nazywani byli przez mieszkańców naszej wsi “Orylami”. Dobrej jakości drewno pozwalało budować solidne domy. Jednak podczas II wojny światowej, gdy mieszkańcy byli przymusowo wysiedlani wojsko niemieckie, tworząc okopy na linii frontu, rozbierało te domy, by umacniać okopy. Piaszczysty teren powodował, że piasek się osuwał więc okopy wymagały wzmocnienia. 
Mieszkańcy, wracając z przymusowych wysiedleń, z przykrością patrzyli na domy, które miały tylko dach i główne belki.  Ściany były rozebrane. W pośpiechu starali się naprawiać szkody, aby można było jak najszybciej zamieszkać. Niestety w wyniku tego, czasem w domach było tak zimno, że zimą aż zamarzała woda. 

Okopy były na pewno w miejscu gdzie teraz jest najstarsza siedziba szkoły podstawowej. Gdy pomagałem w wyrównywaniu terenu pod budowę szkoły tj. w 1963 roku, wsypując piasek na wóz usłyszałem dziwny dźwięk. Gdy spojrzałem na usypaną na wozie górkę piachu, zobaczyłem ludzką czaskę. Znajdowaliśmy tam również różne elementy wyposażenia wojskowego w tym np. taśmę CKM z 3000 nabojów. 
Niemieccy żołnierze nie zapisali się w pamięci lokalnej ludności jedynie ze złej strony. We wspomnieniach starszych braci pozostały wspomnienia o pewnym żołnierzu, który z kuchni polowej wynosił tabliczki czekolady i rozdawał je okolicznym dzieciom. Czekolada była wówczas niebywałym rarytasem i luksusem.

W roku 1955 lub 1956 rankiem około 8 rano w poniedziałek w Olszewie-Borkach miał miejsce poważny wypadek kolejowy. Pamiętam dokładnie jak szedłem wtedy do szkoły wraz z kolegami. Szkoła znajdowała się wówczas Grabowie. Gdy byliśmy w okolicach obecnego sklepu Biedronka, usłyszeliśmy niebywały huk. Zderzyły się wówczas dwa pociągi. Z relacji dorosłych wiem, że jeden pociąg stał na bocznicy po wykonanych manewrach. Drugi, wracający od strony Olsztyna, na szczęście bez pasażerów - uderzył w stojący na bocznicy pociąg i został wybity z torów. Zginęła wówczas jego obsługa. Pociąg wracał z kursu po rozwiezieniu mieszkańców z okolicznych wsi, którzy brali udział w naszych dożynkach. Widok był przerażający. 10 wagonów wbiło się w grunt i spiętrzyło na polu 10 metrów od torów. 

Gdy nadszedł czas, by samemu iść przez życie, jako dorosły mężczyzna założyłem rodzinę. Razem z moją żoną, Danutą – która przez lata niosła pomoc i otuchę ludziom w naszym lokalnym ośrodku zdrowia – podjęliśmy decyzję, by wybudować dom na mojej rodzinnej działce. Jak jaskółka, buduje gniazdo, tak i my, krok po kroku, cegła po cegle, wznosiliśmy nasz dom własnymi rękami. Było w tym trudzie coś pięknego – radość tworzenia miejsca, które stało się ostoją naszej rodziny. Los obdarzył nas trojgiem dzieci – Arturem, Joanną i Małgorzatą – którzy wnieśli w nasze życie nieopisaną radość i uczynili nasz dom pełnym ciepła i miłości.

Rodzina Leonarskich. Od lewej Maria Leonarska, obok jej syn Czesław wraz z żoną Anną i dziećmi. Pan Stanisław Leonarski siedzi na kolanach u mamy. Rok 1951.


Szukaj