wspomnienia mieszkanki Wandy Białobrzewskiej


Wanda Białobrzewska z domu Siedlecka

rodowita mieszkanka Olszewa-Borek urodzona dnia 22 lutego 1943 roku.

"Gdyby dawni mieszkańcy powstali, nie poznaliby już naszej wsi".

Tymi słowami, 27 marca 2025 roku, pani Wanda Białobrzewska z domu Siedlecka – emerytowana urzędniczka Urzędu Gminy, urodzona 22 lutego 1943 roku i mieszkanka Olszewa-Borek – rozpoczęła swoją opowieść o rodzinnej wsi.

Olszewo-Borki w moich pierwszych wspomnieniach rysują się jako niewielka wieś z jedną główną piaszczystą drogą i domami na tak zwanych koloniach, czyli w okolicach obecnej ulicy 3 Maja i ulicy Wierzbowej, w której mimo niesprzyjających okoliczności, nieżyznych gleb toczyło się nasze codzienne życie, walka o lepsze jutro i pielęgnowanie tradycji. Pamiętam piękną i ważną dla nasz wszystkich tradycję święcenia pól, która odbywała się zawsze w lipcu. Barwny korowód odświętnie ubranych mieszkańców wyruszał spod domu ówczesnego sołtysa i szedł w kierunku ulicy Armii Krajowej, która wówczas była drogą prowadzącą na pola i łąki, a także do torów i Drężewa. Na święcenie pól przyjeżdżał do naszej wsi ksiądz, który prowadził to ważne dla mieszkańców święto. Błogosławił ziemię, nasze plony, naszą przyszłość. Szliśmy ulicą Wierzbową i wracaliśmy ulicą Broniewskiego by następnie przy znajdującym się tam krzyżu odprawić nabożeństwo. Ksiądz święcił wówczas wszystkie pola. Oprócz tego krzyża we wsi znajdował się jeszcze jeden znacznie starszy, na polu Pana Bronisława Nakielskiego. Znajdowały się przy nim z jakiegoś nieznanego nam powodu wypałęczone blachy, na których jako dzieci bujaliśmy się podczas wypasania krów wiosną i latem. 

Z kolei na Zielone Świątki przy każdym domu, po jednej i po drugiej stronie drzwi, rodziny stawiały wycięte w lasach młode brzózki, aby ozdobić domy na to ważne święto. Wysypywano również w celach dekoracyjnych żółtym piaskiem, którego w naszej wsi były niezliczone ilości, ścieżki od drzwi do płotu. Młodymi brzózkami dekorowało się również ołtarze, przy których zatrzymywała się procesja mieszkańców w Boże Ciało. Wszyscy byliśmy głęboko przekonani, że wbite w ziemię gałązki brzózek oderwane podczas procesji uchronią nasze plony przez szkodnikami. Gałązki wbijaliśmy zwłaszcza na polach pełnych kapusty.

Na Wielkanoc sołtys wystawiał przed dom drewnianą huśtawkę a obok wiadra z wodą. Wszyscy chłopcy starali się dopilnować tradycji i oblać młode dziewczęta. Jeśli któraś stawiała opór wrzucano ją do krypy - czyli kręgu z wodą znajdującego się przy każdej studni, z którego zwierzęta piły wodę. Pamiętam, że najlepsza woda była u pana Eugeniusza Zalewskiego. Jego dom stał na piasku więc woda była tam przejrzysta i miękka. Na terenach bardziej gliniastych woda była gorszej jakości. Chodziło się więc do Państwa Zalewskich z wiadrami po wodę do mycia włosów. Wielkanoc zwiastowała nadejście wiosny. Wiosną wierzby wypuszczały młode, miękkie gałązki, z których robiliśmy gwizdki. Ścinaliśmy giętką witkę, zsuwaliśmy korę i wycinaliśmy prosty ustnik. Gdy wszystko się udało, wystarczyło dmuchnąć – a wiosna zaczynała śpiewać naszymi dziecięcymi gwizdkami.

We wsi odbywało się również tarcie lnu. Przy torach w okolicach bunkrów kobiety suszyły zebrany len, a następnie tarły go tam na cierlicach. Kobiety piekły ciasta, gotowały rosół i tam biesiadowały trąc len. W każdym domu było krosno. Zwożono utarty len i przez zimę na tych krosnach się go przędło. Następnie robiło się z niego płótno, aby następnie uszyć na przykład prześcieradła. Płótna wiosną rozkładało się o poranku przy stawie na trawie pokrytej rosą. Tak położone płótna wybielały się, dzięki rosie i promieniom słońca. We wsi organizowane były również wykopki. Mieszkańcy pomagali sobie w tej ciężkiej pracy. Wspólnymi siłami praca szła szybciej. Po  wykopkach organizowano zabawy. Wśród mieszkańców byli muzykanci, którzy chętnie swoim graniem umilali czas. Zabawy najczęściej organizowane były u Państwa Stepnowskich, a w stodole mieszkańcy wystawiali nawet sztuki teatralne, które cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Schodzili się wtedy wszyscy i ci najmłodsi i ci najstarsi. 

W 1957 roku we wsi założono elektryczność. Pojawiły się pierwsze odbiorniki radiowe a na początku lat sześćdziesiątych nawet pierwszy telewizor u Państwa Skowrońskich. Schodziliśmy się wtedy wszyscy na wspólne oglądanie. Gdy została wybudowana szkoła, świetlica szkolna została wyposażona w telewizor i tym samym stała się ważnym miejscem integracji mieszkańców. Pierwszy telefon pojawił się w latach pięćdziesiątych i znajdował się w domu Państwa Nakielskich na rogu ulicy 3 Maja i Dojazdowej. To był czasy kiedy nasza miejscowość zaczynała się prężnie rozwijać mądrze wykorzystując nadarzające się możliwości. 

Powoli zapominano o ciężkich czasach i podziale na wieś Olszewo i wieś Borki. Tak - Olszewo-Borki były kiedyś dwiema odrębnymi wsiami. Za czasów mojego dzieciństwa mieszkańcom żyło się biednie. Bardzo długo we wsi był tylko jeden rower kupiony przez mojego dziadka. I dzieci i dorośli uczyli się na nim jeździć. Wędliny robione były tylko na ważne święta i stanowiły rarytas. W mojej rodzinie pyszne wędliny robił tata. Pamiętam wyborny smak szynki czy salcesonu. Mój tata nie tylko potrafił przygotować pyszne wyroby, ale również doskonale znał się na ogrodnictwie. Na naszym podwórku była szkółka roślin i drzewek. Były tam takie odmiany jabłek jak: Szara Reneta, Złota Reneta czy też Kosztele. Na sąsiedniej posesji do tej pory rośnie jabłonka zaszczepiona przez mojego tatę. Każdego roku ma wiele owoców. 

Trudne było życie kobiet, na których spoczywały liczne obowiązki. Doceniam bardzo czasy, gdy moja mama wstawała bardzo wcześnie tj. o 5 rano, by ugotować nam ciepły posiłek, który miał nas zasilić przed wyruszeniem w drogę do szkoły. Szkoła znajdowała się wówczas w miejscowości Grabowo Stacja.

Do szkoły chodziliśmy grupkami. Tak było nam wszystkim raźniej i weselej. Powojenne czasy spowodowały, że klasy były łączone i młodsze dzieci musiały uczyć się ze starszymi. Gdy byłam w klasie pierwszej, uczyłam się z dziećmi z klasy piątej. Nauczyciele jednak mądrze zarządzali lekcją i nie odczuwaliśmy tej niedogodności. Kończąc podstawówkę większość z nas rozpoczynała naukę w ostrołęckich szkołach. Dojeżdżało się tam z Grabowa Stacja kolejką wąskotorową, która zatrzymywała się przy ulicy Stacha Konwy. Stamtąd szliśmy do centrum miasta mostem. Ciekawostką może być to, że uczniowie z Ostrołęki Stacja nie mieli bezpośredniego połączenia z Ostrołęką więc specjalnym szkolnym pociągiem przyjeżdżali do Grabowa Stacji, gdzie przesiadali się do kolejki wąskotorowej, aby z nami dojechać do szkół w Ostrołęce. 

Gdy miałam 17 lat do przystanku Grabowo Stacja zaczął dojeżdżać autobus tzw. Stonka. Miał tylko jedne drzwi i kilka małych okien. 
2 maja 1962 rozpoczęłam pracę w Gromadzkiej Radzie - dzisiejszym odpowiednik Urzędu Gminy. Rada Gromadzka mieściła się na początku w domu Pana Antoniego Majkowskiego a następnie została przeniesiona do domu Państwa Gruszków na ulicy Warszawskiej (budynek na ternie Stacji Benzynowej Romex) i zajmowała już tam dwa pomieszczenia. W roku 1972 roku przenieśliśmy się do obecnego budynku Urzędu Gminy - z tymże był on wtedy znacznie mniejszy. W tym samym roku wraz z mężem i dziećmi wprowadziliśmy się do naszego nowego domu. Na parterze w salonie zaczęła działać biblioteka, którą często odwiedzali mieszkańcy naszej wsi. W okresie letnim na okres żniw w Olszewie-Borkach działały tzw. dziecińce czyli taki odpowiednik współczesnych półkolonii. Zajęcia odbywały się w punkcie katechetycznym. Trudno teraz w to uwierzyć, ale od ulicy Broniewskiego aż do torów rozciągały się pola uprawne. Olszewo-Borki przeszły ogromną przemianę i dawni mieszkańcy na pewno nie poznaliby już naszej wsi.
Szukaj