wspomnienia mieszkanki Ireny Przychodzeń i jej córki Anny Tyszki

Irena Przychodzeń z domu Krzyżewska z córką Anną Tyszką

Olszewo-Borki we wspomnieniach mieszkanki Olszewa-Borek Ireny Przychodzeń i jej córki Anny Tyszki.

"Kołchoźniki, wykopieńki, gra w klipa i przekonanie, że zjedzenie zeschniętej końcówki chlebka dodaje odwagi przed burzą.”

                   Takimi słowami dnia 27 marca 2025 roku rozpoczęła powrót do wspomnień o Olszewie-Borkach Pani Irena Przychodzeń z rodu Krzyżewskich. Emerytowana kucharka Przedszkola w Olszewie-Borkach i mieszkanka wsi urodzona 28 kwietnia 1941 roku. W podróży do przeszłości towarzyszyła jej najmłodsza córka Anna Tyszka -farmaceutka - urodzona 18 lutego 1968 roku.

DZIECIŃSTWO 
                 Z Olszewa-Borek pochodziła moja mama, która po wyjściu za mąż zamieszkała we wsi Żebry Perosy. Niestety z powodu przedwczesnej śmierci mojego taty, którego rozerwała mina - powróciła ze mną, niespełna czteroletnią dziewczynką, do rodzinnego domu znajdującego się przy głównej ulicy Olszewa-Borek - obecnie ulicy Władysława Broniewskiego. Z dzieciństwa pamiętam wspólne zabawy zimą na tafli lodu pobliskiego stawu i zjeżdżanie z górki, która do niego prowadziła. Biegło się tam zaraz po szkole i zjeżdżało na sankach lub workach. Wspólna zabawa na lodzie często kończyła się guzem na głowie - uodporniając na ból. We wsi był jeden rower, który należał do rodziny Siedleckich. To właśnie na tym rowerze wszystkie okoliczne dzieci uczyły się jeździć. To była dla nas wielka atrakcja zaraz po huśtawkach robionych przez nas na drzewach z desek i sznurków. Lubiliśmy również grę w klipa, która polegała na tym, że na wykopanym dołku układało się kij a uderzeniem drugiego próbowało się podbić do góry ten pierwszy. 

Do pewnego momentu nie było we wsi żadnego zegara, za to były kołchoźniki - czyli odbiorniki radiowe umieszczone wewnątrz domów, na ścianach. I to właśnie dzięki komunikatom przez nie nadawanym mogliśmy dowiedzieć się, która jest godzina. Pierwszy komunikat nadawany był o 5 rano budząc wszystkich domowników. Zdarzało nam się jako dzieciom podbiegać do tych odbiorników i zadawać pytania, zwłaszcza o godzinę i kilkoru z nas udało się czasem usłyszeć odpowiedź. Kołchoźniki pozostały w niektórych domach do lat siedemdziesiątych, wyznaczając rytm dnia zwłaszcza mieszkańcom w sędziwym wieku.

Nie było zegarów, nie było prądu. Żyło się biednie. Jednak matki dokładały wszelkich starań, by dzieci były zadbane i z należytym szacunkiem chodziły do szkoły. Żelazkami na węgiel prasowały kokardy, wiązały je, a następnie niteczkami przymocowywały do warkoczy córek. Ja miałam jako dziecko piękne grube włosy, które budziły podziw. Jako trzynastoletnia może czternastoletnia dziewczynka zostałam zaprowadzona przez mamę do ostrołęckiej fryzjerki pani Kondewicz, która po ścięciu moich włosów zrobiła z nich dwie okazałe peruki. We wsi do 1957 roku nie było elektryczności więc wieczorne życie w tym odrabianie lekcji odbywało się przy tak zwanych kagankach wypełnionych naftą. 
                     Aby dotrzeć do szkoły znajdującej się w miejscowości Grabowo Stacja trzeba było przejść piaszczystą częścią obecnej ulicy Broniewskiego. Odcinek ten napawał lękiem zwłaszcza młodsze dzieci, które bały się znajdujących się wzdłuż drogi krzaków. Również okolice krzyża przy tej ulicy budziły strach, bo z relacji niektórych mieszkańców wynikało, że są tam pochowani żołnierze. Staraliśmy się chodzić w grupach i jak najszybciej omijać te miejsca. Jako dziecko i nastolatka bałam się również chodzić do wsi Grabowo. Las, przy którym teraz znajduje się kościół był znacznie większy i bardziej gęsty. Z resztą lasów wówczas w naszej wsi było więcej i było one gęste i rozległe.                                 Szkoła znajdowała się w Grabowie Stacja w budynku mieszkalnym należącym do rodziny Załusków. Na dole były sale lekcyjne a na górze mieszkali właściciele. Lekcje prowadzili Państwo Bylica oraz Panna Domańska.        

INTEGRACJA
               Maj i czerwiec w naszej wsi to miesiące, w których rozlegał się śpiew mieszkańców podczas prowadzonych przez pana Szczubełka modlitw tzw. majowych i czerwcowych przy krzyżu znajdującym się na ul. Władysława Broniewskiego. Mieszkańcy gromadzili się nie tylko podczas wspólnych modlitw, ale również prac polowych. Szczególnie pamiętam wspólne krojenie kapusty i przygotowywanie jej do kiszenia. Kapustę gotowało się z sadłem. A najlepsze sadło z czosnkiem przygotowywała Pani Dolewicz, która chętnie częstowała tym przysmakiem. Pamiętam zapach i smak pieczonego na liściu chrzanu chleba i wykopieńków czyli resztek ciasta, z których formowaliśmy malutkie chlebki. Wykopieńki ku naszej radości piekły się szybciej i nie kazały czekać na siebie tak długo jak bochny chleba, które dostojnie spoczywały na deskach z liściem chrzanu. Chleb piekło się raz w tygodniu. A ponieważ niechętnie jadło się go po kilku dniach - moja mama Czesława z przekonaniem zapewniała: “Zjedz, to się nie będziesz bać burzy.

                  Każda burza wzbudzała w mieszkańcach przerażenie. Aby uchronić dom przed uderzeniem pioruna, obowiązkowo palono w domach gromnice. We wsi były wówczas drewniane domy, kryte słomą. Uderzenie pioruna w dom wiązało się z utratą całego dobytku. A dobytek ten często bardzo skromny gromadzony był w wielkim trudzie, bo ziemie były tu słabe i trudne do uprawy. Pola obsiane żytem i ziemniakami rozciągały się aż po horyzont, sięgając torów kolejowych, które można było dostrzec z okien drewnianych domów. Kukurydzę uprawiał tylko jeden gospodarz – była wówczas czymś rzadkim, niemal pionierskim. 

Pięknym zwyczajem i ważnym obowiązkiem kobiet było tak zwane darcie pierza na zimę. Jesienią zbierały się kobiety i darły pierze a wokół rozbrzmiewał ich śmiech i w przestrzeń wsi niosły się piękne , tradycyjne piosenki. Był to moment był wytchnieniem od trudnych prac związanych z prowadzeniem gospodarstwa. 

OLSZEWO-BORKI - mój dom 
           Po wyjściu za mąż, na krótki czas zamieszkałam w Drężewie. Do Olszewa-Borek wróciłam w 1964 roku do domu przy obecnej ulicy Wł. Broniewskiego - wówczas ulicy Wiejskiej, który wraz mężem wybudowaliśmy. Był to czas kiedy w naszej wsi zaczęły powstawać nowe domy. Budowane pionierską wówczas technologią leszu lub z pustaków. Wraz z przeprowadzką mój mąż rozpoczął pracę w Urzędzie Gminy. Nasza rodzina zaczęła się powiększać. Na świecie w 1968 roku pojawiła się, ku ogromnej uciesze pierworodnej córki Elżbiety, młodsza córka Anna. Każda rodzina, w której były dzieci starała się zapewnić jak najlepsze warunki do rozwoju i edukacji. Pamiętam, jak z wielkim zaangażowaniem włączyłam się w pomoc przy organizacji zajęć katechezy, które w tamtym czasie odbywały się jeszcze w domach prywatnych. Na początku lekcje odbywały się u Państwa Kuleszów. Później katechezy przeniosły się do domu Państwa Młodzianowskich, gdzie specjalnie na ten cel przygotowano pokój od strony ulicy.  Dzieci z okolicy mogły uczyć się o wierze w atmosferze ciepła i wspólnoty. Ksiądz przyjeżdżał raz w tygodniu – z uśmiechem witał wszystkich mieszkańców. Moim zadaniem było przygotowanie dla niego obiadu. Dbałam o to, by posiłek był domowy, ciepły i przygotowany z sercem – tak, by po lekcjach mógł choć na chwilę odpocząć przy stole. Te chwile utkwiły mi w pamięci jako czas prostych gestów, wspólnego działania i ogromnej wdzięczności za możliwość bycia częścią czegoś ważnego.

MOJE DZIECIŃSTWO wspomnienia Anny Tyszki
Lekcje religii były dla nas bardzo ważne. Wszyscy chodziliśmy na nie systematycznie. Szczególnie w mojej pamięci utkwił dzień, gdy naszą wieś odwiedził Biskup Stefan Wyszyński. W tłumie dzieci recytowałam wiersz na jego powitanie. Było to wielkie i znaczące przeżycie dla naszej społeczności lokalnej. Wszyscy wówczas z szacunkiem traktowaliśmy nasze obowiązki szkolne i chętnie braliśmy udział w proponowanych przez nauczycieli akademiach, zajęciach i inicjatywach. Prężnie działała drużyna druhów i harcerzy. Organizowane były obozy i wieczorki harcerskie, które były dla nas wielką atrakcją. Czekaliśmy na nie z ogromną niecierpliwością.
Nauka była priorytetem. Pamiętam jak za każdą otrzymaną ocenę bardzo dobrą, dostawałam od rodziców ówczesne 50 groszy, które pozwalało mi na zakup jednego cukierka a dokładnie śliwki w czekoladzie. Wówczas cukierki można było kupować na sztuki i stanowiły one rarytas. Sklep znajdował się na końcu wsi u Państwa Zalewskich. Na dole był sklep spożywczy a na pierwszym piętrze bank.

Olszewo-Borki były wówczas naprawdę niewielką wsią. Na głównej piaszczystej drodze w ciepłe dni graliśmy w klasy. Samochody przejeżdżały bardzo rzadko. Gdy został położony asfalt, dla wszystkich okolicznych dzieci był wręcz czymś niezwykłym. Zdecydowanie ułatwił też lubianą przez nas grę w klasy. Narysowane pola nie znikały już tak szybko jak na piasku. Do pewnego momentu nie było nawet połączenia z miastem. Ostatni przystanek znajdował się miejscowości Grabowo Stacja. Gdy doczekaliśmy się bezpośredniego połączenia z naszą miejscowością, przystanek, który znajdował się po stronie Urzędu Gminu obok pięknego, starego dębu - stał się punktem spotkań młodzieży. Toczyło się tu nasze życie towarzyskie. W piekarni Państwa Piersów kupowało się ciepłe jeszcze pieczywo. Ktoś przynosił gitarę, ktoś piłkę.

W latach siedemdziesiątych w naszej miejscowości powstał również ośrodek zdrowia i biblioteka, którą bardzo chętnie odwiedzaliśmy, zwłaszcza, że były tam dostępne kolorowe czasopisma i magazyny.  Chętnie wypożyczaliśmy również książki. To były czasy zupełnie inne od tych, w których teraz wychowują się współczesne dzieci. Nie mieliśmy dostępu do wielu rzeczy. Wszyscy dzieliliśmy pokoje z rodzeństwem. Z sentymentem i wzruszeniem wspominam moją starszą siostrę Elżbietę, która jako już dorosła kobieta wychowała pokolenia dzieci z Olszewa-Borek jako nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej w naszej lokalnej Szkoły Podstawowej w latach 1998-2021.  Była to niezwykle opiekuńcza i ciepła osoba, która czekała na moje narodziny z ogromnym utęsknieniem. Dzieliłyśmy jeden pokój, spałyśmy w jednym łóżku. Otoczyła mnie ogromną siostrzaną miłością i wsparciem. W mojej pamięci nadal mam obrazy wspólnego pieczenia ciast i kucharzenia pod nieobecność dorosłych czy też ubieranie choinki, które wówczas było czymś pięknym i wyjątkowym. 
Olszewo-Borki to zdecydowanie moje miejsce. Ja również, podobnie jak moja mama i siostra, zdecydowałam się wychowywać tu moje dzieci.


i
1. Irena Przychodzeń z mamą Czesławą Krzyżewską (1956r.)
2. Irena Przychodzeń z córkami Elżbietą i Anną (1972r.)
3. Anna Tyszka recytująca wiersz z okazji przyjazdu Biskupa. (1978r.)
Szukaj