wspomnienia mieszkanek Elżbiety Kacprzyk i Krystyny Milewskiej

Elżbieta Kacprzyk i Krystyna Milewska

Olszewo-Borki we wspomnieniach sióstr z rodu Olszewskich, herbu Trzaska.

"Tu jest nasze miejsce, to jest nasz dom."


10 lipca 2026 roku do rodzinnych wspomnień o dawnych Olszewie-Borkach powróciły Elżbieta Kacprzyk i Krystyna Milewska – córki Genowefy i Wincentego Olszewskich, wnuczki Marianny z Jastrzębskich i Kazimierza Olszewskiego oraz Władysławy i Stanisława Zalewskich. Ich opowieść prowadzi nas śladami rodziny Olszewskich herbu Trzaska, od pokoleń związanej z Olszewo-Borkami, a zarazem przywołuje obraz codziennego życia dawnej wsi. Wracają w niej ludzie skromni, niezwykle pracowici i życzliwi, dla których ziemia była nie tylko źródłem utrzymania, lecz także ważną częścią rodzinnego dziedzictwa.

 Babcia - Marianna Olszewska – miejscowa akuszerka 
Jedną z najważniejszych postaci w naszych rodzinnych wspomnieniach jest babcia, Marianna Olszewska z domu Jastrzębska, urodzona w 1873 roku, zmarła w 1965 roku. Choć same nie pamiętamy jej dobrze, jej historia była w naszej rodzinie wciąż żywa. Poznawałyśmy ją z opowieści rodziców, starszego rodzeństwa, bliskich i sąsiadów, którzy wspominali babcię z ogromnym szacunkiem i podziwem za bezinteresowną pomoc, jaką przez lata niosła mieszkańcom Olszewa-Borek i okolicznych miejscowości. Babcia Marianna i dziadek Kazimierz mieli sześcioro dzieci – pięć córek i jednego syna: Bronisławę (ur. 1898 r. – 1985 r.), Stanisławę (ur. 1900 r.) , Władysławę (1904 r. - 1981 r.), Stefanię (1906 r. – 1993 r.), Leokadię (1912 r. - ) i Wincentego (1915 r. - 1995 r.). Marianna bardzo dużo czytała, znajdując czas na książki mimo trudów codzienności i licznych obowiązków. Zdobywanie wiedzy było dla niej ważne, ale – jak pokazało jej późniejsze życie – równie ważne było dzielenie się nią z innymi. Po czterdziestym roku życia dołączyła do Franciszkańskiego Zakonu Świeckich, który w Ostrołęce powstał w 1914 roku. Jego działalność opierała się na franciszkańskiej idei służby drugiemu człowiekowi, niesieniu pomocy potrzebującym oraz zdobywaniu wiedzy i praktycznych umiejętności, które mogły służyć lokalnej społeczności. Kobiety przynależące do tego stowarzyszenia określane były tercjankami. Raz w miesiącu udawała się na spotkania do Wojciechowic. To właśnie podczas organizowanych tam kursów zdobyła umiejętności potrzebne do przyjmowania porodów. Przez czterdzieści lat była akuszerką. W każdą niedzielę i w święta zakładała brązową sukienkę i białą chustę, strój który pokazywał jej przynależność do zakonu. Za swoją pomoc rodzącym, nie otrzymywała ustalonego wynagrodzenia. Ludzie dziękowali jej tak, jak potrafili i na ile pozwalały im możliwości. Przynosili to, co mieli. Babcia potrafiła dostrzec nieprawidłowości u małych dzieci i pomagać przy dolegliwościach, które – jak wówczas uważano – mogły być związane z niewłaściwym noszeniem niemowlęcia. Umiała nastawić kości tak, aby dziecko nie miało wad postawy. Nie wiemy ile dokładnie porodów odebrała na przestrzeni ponad 40 lat. Nie prowadziła żadnej statystyki. Wiemy jednak, że, gdy ktoś potrzebował pomocy, nigdy nie odmawiała. Babcia odbierała porody mając jeszcze 80 lat.

Z Olszewa-Borek do Ameryki – historia dziadka Kazimierza

Jeszcze przed I wojną światową nasz dziadek Kazimierz Olszewski, mąż Marianny, zdecydował się na wyjazd zarobkowy do Stanów Zjednoczonych. Chociaż wówczas gospodarzył na wielu hektarach ziemi – marzył o dostatnim życiu dla swojej rodziny. Aby opłacić podróż za ocean, sprzedał krowę. Według rodzinnego przekazu organizowaniem takich wyjazdów zajmowali się żydowscy pośrednicy. Dziadek wyruszył z Olszewa-Borek do miejscowości Surowe, a stamtąd dalej w kierunku tzw. zielonej granicy do Prus. Po jej przekroczeniu różnymi środkami transportu docierało się do Gdańska, Bremy lub Hamburga i dalej odpływało transantlantykiem do wymarzonej Ameryki. W Olszewie-Borkach została babcia Marianna z pięciorgiem dzieci. Dziadek w Stanach Zjednoczonych dostał pracę przy budowie linii kolejowych. Niestety na jego stopę spadła szyna, poważnie odbierając mu sprawność i zmuszając do powrotu do Polski po zaledwie miesiącu pobytu za oceanem. Po jego powrocie rodzina powiększyła się. Na świat przyszedł długo wyczekiwany syn – nasz tata, Wincenty Olszewski. Po pięciu córkach pojawienie się męskiego potomka miało dla rodziny szczególne znaczenie. Pradziadek, szczęśliwy, że ród doczekał się następcy, miał powiedzieć, że teraz może już spokojnie umrzeć, bo jest komu pozostawić ziemię i rodzinne gospodarstwo. Dziś te słowa mogą brzmieć niezwykle. Wtedy mówiły jednak wiele o świecie naszych przodków. O przywiązaniu do ziemi, o poczuciu ciągłości rodu i o przekonaniu, że to, co otrzymało się od poprzednich pokoleń, należy zachować dla tych, którzy przyjdą po nas.

wspomnienia mieszkanek Elżbiety Kacprzyk i Krystyny Milewskiej

Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.

wspomnienia mieszkanek Elżbiety Kacprzyk i Krystyny Milewskiej

Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.

wspomnienia mieszkanek Elżbiety Kacprzyk i Krystyny Milewskiej

Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.

wspomnienia mieszkanek Elżbiety Kacprzyk i Krystyny Milewskiej

Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.

Olszewo-Borki naszego dzieciństwa

Dawne Olszewo-Borki wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Przez wieś prowadziła jedna główna – ulica - Wiejska (dzisiejsza Władysława Broniewskiego). A dzisiejsza ulica Rzemieślnicza nosiła niegdyś nazwę Usługowej. Tam, gdzie obecnie znajdują się sklepy i park, aż w stronę torów rozciągał się teren, który zimą zamieniał się w miejsce dziecięcych ślizgawek i zabaw na śniegu i lodzie. Tam, gdzie obecnie znajdują się domy w rejonie ulicy Wyspiańskiego, jeszcze do lat siedemdziesiątych uprawiano między innymi len. Pamiętamy, jak go siano, zbierano i wiązano w wąskie snopki. Później len dzielono według jakości na trzy klasy – pierwszą, drugą i trzecią. Część zbiorów sprzedawano, a część pozostawiano na własne potrzeby. W prawie każdym domu był kołowrotek. Len przędły przede wszystkim nasze ciocie: Bronisława i Stefania – dwie niezamężne siostry taty, które mieszkały razem z nami i poświęciły się pracy w gospodarstwie i naszemu wychowaniu. Ich obecność była naturalną i ważną częścią naszego rodzinnego życia. Z powstałej z lnu przędzy wykonywały worki i chodniki na potrzeby rodziny. 

Wieczorami ludzie często odwiedzali się nawzajem. Siadano razem, rozmawiano. Nie potrzeba było specjalnej okazji, żeby się spotkać i pobyć ze sobą. Pracy było dużo, dlatego w czasie żniw czy młocki ogromne znaczenie miała wzajemna pomoc. Kosiarek było niewiele. Jeśli ktoś ją posiadał, pracował nią nie tylko we własnym gospodarstwie. Pamiętamy, że gdy zboże na naszym polu było już skoszone, a u sąsiada nadal stało, tata nie czekał, aż ktoś przyjdzie i poprosi go o pomoc. Jechał dalej i zaczynał kosić. Po prostu wiedział, że trzeba pomóc. Podobnie było podczas młocki. Rodziny wspierały się w pracy wzajemnie. Kiedy kończyło się pracę u siebie, szło się do sąsiadów. Nie liczono godzin i nie zastanawiano się, kto komu ile czasu poświęcił. Pomagało się tak długo, jak było trzeba. Po żniwach, sianokosach czy wykopkach przychodził czas na chwilę wspólnego odpoczynku. Rozpalano ognisko, a w południe, kiedy odpoczywały konie, ludzie siadali razem na rozłożonych kocach. Gospodyni szła do domu po jedzenie i przynosiła to, co było pod ręką – pomidory, ogórki, gotowane jajka. Mięsa jadano wówczas niewiele. Młocki często kończyły się bardziej uroczystym posiłkiem. Na stole pojawiał się rosół i placki drożdżowe. 

W Olszewie-Borkach długo nie było sklepu. Po zakupy chodziło się między innymi do Grabowa, gdzie działały dwa sklepy. W Nakłach funkcjonował „Klub”, otwierany dopiero około godziny 16.00. Dla dzieci wyprawa po słodycze była wydarzeniem. Dropsy lub czekoladowe, maleńkie groszki sprzedawane w żółtym pudełeczku. Opakowanie miało obrotowe zamknięcie – trzeba było trafić „dziurką na dziurkę”, by wysypać cukierki. Były też czerwone lizaki w kształcie kogutków, osadzone na drewnianych patyczkach. Po takie skarby chodziło się pieszo. W roku 1974 w domu prywatnym państwa Zalewskich rozpoczął działalność sklep GS-u. Do 1980 r. prowadziła go Stanisława Zalewska. Sklep miał przerwę obiadową od godziny 12.00 do 13.00 i otwarty był zaś do godziny 16.00.

Na wieś przyjeżdżał również szmaciarz. Dziś samo to słowo brzmi dla młodszych pokoleń niemal zagadkowo. Dla dawnych mieszkańców było częścią zwyczajnego krajobrazu wsi. Szmaciarz skupował stare ubrania, surowce wtórne, używane rzeczy, szkło, a w zamian oferował swoje wyroby np. garnki, patelnie, papier toaletowy. 

Czas wolny
Pierwsze programy telewizyjne oglądaliśmy wspólnie w szkolnej świetlicy. Telewizor stał... zamknięty w szafie. Woźny otwierał ją na czas filmu lub programu, a mieszkańcy gromadzili się przed ekranem i oglądali razem. Był jednak jeden warunek – należało zachować ciszę. Gdy ktoś zaczynał rozmawiać, woźny upominał widzów. Jeśli rozmowy nie ustawały... po prostu zamykał szafę. I seans się kończył. Ale wspólne oglądanie telewizji było tylko jedną z rozrywek. Mieszkańcy sami organizowali swoje życie towarzyskie, a okazji do spotkań i zabawy nie brakowało. Zimą u państwa Dolewiczów odbywały się potańcówki. W lutym organizowano „półzimki” – zabawy taneczne dla dorosłych mieszkańców wsi. Pamiętamy również majówki urządzane na łące na końcu Olszewa-Borek. Miejsce zabawy ogradzano młodymi brzózkami. Przyjeżdżały zespoły, a na zabawach grali także młodzi mieszkańcy naszej wsi. Starsze panie stały wokół i przyglądały się tańczącym. Na zabawy częściej jeździło się jednak do Nakieł i Stepny Starej. Znajdowały się tam świetlice wiejskie, choć my wszyscy mówiliśmy na nie po prostu „remizy”. Szczególnym i wyczekiwanym czasem naszego dzieciństwa były zapusty. Tata bardzo angażował się w przygotowanie naszych występów. Uczył nas wierszyków, malował, szył stroje i przygotowywał rekwizyty. Dbał o każdy szczegół. Chciał, żebyśmy się wyróżniały i by nas zapamiętano. Razem z innymi dziećmi chodziłyśmy od domu do domu. Do dziś w naszej pamięci zachowały się słowa jednego z zapustowych wierszy autorstwa naszego taty:
– Jak się macie, Bartoszu?
– Gąsiora mam w koszu.
– A jak tam żona?
– To gęsior, nie wrona.
– A jak tam dzieci?
– On związany. Nie poleci.
– A jak stryj?
– On siodłaty, a nie pstry.
– A jak się dziadkowie mają?
– Trzy grosze mi za niego dają.
– Bartoszu, chybaście głupi!
– Toć do targu idę, może ktoś kupi. 

Pamiętamy też inną, krótką przyśpiewkę autorstwa taty:
 „Spodobały mi się u zająca uszy, u jelenia rogi, a u dziewczyny nogi”. 

Mieszkańcy otwierali drzwi przebierańcom i częstowali ich tym, co przygotowano w domu – pączkami i plackami drożdżowymi nazwywanymi pępuchami. Każda grupa chciała pokazać coś własnego. Wyróżnić się strojem, wierszykiem, rekwizytem albo pomysłem. A nasz tata zawsze pilnował, żebyśmy dobrze przygotowały się do swoich występów, co wiązało się z licznymi próbami.

Ludzie żyli skromnie, ale wszyscy podobnie

Nasza mama była bardzo pracowitą, pomocną i serdeczną osobą, która potrafiła zjednywać wokół siebie ludzi. Wrażenie robiło na nas to, że do pieczenia ciasta, chleba czy też robienia przetworów nie potrzebowała przepisów. Wszystko jej zawsze wychodziło. Na święta Bożego Narodzenia piekła placki drożdżowe, makowce, sernik krakowski, miodownik i ciastka maszynkowe. Przygotowywała piwo chmielowe i jałowcowe. Na choince wieszaliśmy długie cukierki w kolorowych, błyszczących papierkach i małe czerwone jabłuszka (tzw. rajskie), które rodzice przywozili z Ostrołęki. Codzienność była trudna, wymagała wielkich nakładów pracy i poświęcenia, ale posiłki w naszym domu były zawsze ciepłe i pożywne. Rano jadaliśmy zupy mleczne – raz z ryżem, innym razem z kluskami. Na obiad zupy: szczawiowa, burakowa, grochowa, fasolowa czy dyniowa z kluskami. Pamiętamy chleb ze śmietaną i z cukrem. Śmietana była jednak luksusem. Częściej ją sprzedawano, niż zostawiano dla własnej rodziny. Na kolację mama lub ciocie smażyły placki, racuchy i naleśniki. Ludzie żyli skromnie, ale podobnie.

Nasz tata - człowiek, który potrafił niemal wszystko

Nasz tata, Wincenty Olszewski, bardzo dużo czytał, interesował się sprawami kraju, polityką, a ponadto był zaangażowany w życie naszej miejscowości. Był społecznikiem, ale przede wszystkim – jak go pamiętamy – był po prostu dobrym człowiekiem. Po II wojnie światowej zaproponowano mu posadę nauczyciela na Mazurach. Nie przyjął jej. Wiedział, że musi zostać tu, gdzie jego korzenie. Założyć rodzinę i pracować na roli. Kochał i darzył ziemię ogromnym szacunkiem. Była dla niego czymś więcej niż własnością – była dziedzictwem, obowiązkiem i częścią człowieka. Fascynowała go postać Boryny z „Chłopów”. Mówił nawet, że chciałby, podobnie jak on, umrzeć na swojej ziemi. W naszej pamięci zapisał się jednak przede wszystkim jego ogromny szacunek do mamy i troska o rodzinę. Kiedy któreś z nas pytało: – Tato, kochasz mnie? odpowiadał: „Jak mam pięć palców, tak mam pięcioro dzieci. Którego bym nie skaleczył, jednakowo krew będzie leciała”. Trudno chyba o piękniejszą odpowiedź ojca. Od młodych lat tata miał też wiedzieć, która dziewczyna zostanie jego żoną. Zachwycał się naszą mamą i mówił: „Jak przejdziesz całe Borki, piękniejszej kobiety nie znajdziesz”. Przynosił jej polne kwiaty. Mówił, że są dla najpiękniejszej kobiety we wsi. I ten zachwyt nie minął wraz ze ślubem. Nasi rodzice doczekali się pieciorga dzieci: syna Tadeusza, córki Marianny, syna Stanisława i nas córek Elżbiety i Krystyny. Co ciekawe, choć sam był mocno przywiązany do ziemi, nigdy nie zmuszał nas, byśmy pozostali na gospodarstwie. Rozumiał, że każde z nas musi wybrać własną drogę i realizować swoje marzenia.

Tata potrafił niemal wszystko. Naprawiał przedmioty codziennego użytku i uprzęże końskie, strzygł mężczyzn. Jego pasją była historia. Dużo radości sprawiało mu również rybołóstwo, na które wybierał się z sąsiadem Czesławem do Kołak. Gdy urodził się jego pierworodny syn, zamknął się w pokoju i własnoręcznie uszył dla niego czapeczki, kaftaniki i serdaczki. Później szył również dla wnuków.

Gdy w naszym domu gościł „Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej”, tata specjalnie na tę okazję ułożył wiersz religijny, który później recytowałyśmy. Lubił nadawać wydarzeniom szczególny charakter.

Tata nie ograniczał się wyłącznie do pracy we własnym gospodarstwie i troski o rodzinę. Sprawy Olszewa-Borek również były dla niego ważne. Wraz z innymi mieszkańcami należał do Komitetu Budowy Szkoły Podstawowej, który zabiegał o powstanie szkoły w naszej miejscowości. Był to czas ogólnopolskiej akcji „Tysiąc szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego”. W działania na rzecz budowy szkoły angażowali się między innymi ówczesny sołtys Stanisław Stepnowski, Czesław Leonarski, Eugeniusz Cychowski i nasz tata – Wincenty Olszewski. Budowę wspierał również Zygmunt Kossakowski – przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej w Olszewie-Borkach. Pieniądze na szkołę mieszkańcy starali się zdobywać na różne sposoby. Organizowano szkolne choinki i zabawy. Był bufet, szatnia i bilety wstępu. Podczas zabaw sprzedawano kotyliony, a w naszej pamięci zachował się także „czekoladowy walczyk”. Najpierw bawili się najmłodsi. Później przychodził czas na dorosłych. Po zakończonej zabawie członkowie komitetu siadali razem i liczyli zebrane pieniądze. Dochód przeznaczano na budowę szkoły. Dziś, patrząc na budynek szkoły w Olszewie-Borkach, pamiętamy, że za jej powstaniem stało zaangażowanie wielu mieszkańców. Każdy pomagał tak, jak potrafił. Jedni działali w komitecie, inni organizowali zabawy, przygotowywali bufet, kupowali bilety czy kotyliony. Szkoła pełniła wówczas rolę nie tylko oświatową, ale również była centrum życia kulturalnego. Odbywały się bezpłatne zajęcia pozalekcyjne, w których chętnie uczestniczyłyśmy. Prężnie działała drużyna zuchowa i harcerska. Młodzież mogła również uczyć się gry na mandolinie pod kierunkiem Reginy Plagi – nauczycielki. Wielką wagę przywiązywano do otoczenia szkoły. Uczniowie pracowali społecznie przy pięlęgnacji kwiatów wokół szkoły Szczególną urodą wyróżniał się ogród różany wzdłuż całego budynku, umiejscowiony od strony obecnego Gminnego Ośrodka Kultury.

Szkoła, która rozpoczęła swoją działalność 1968 roku była jak na owe czasy bardzo nowczesną placówką z nowatorskimi rozwiązaniami m.in. centralnym ogrzewaniem.

Zakończenie
W trakcie rozmowy obie rozmówczynie podkreślały, że ich rodzice, dziadkowie i pradziadkowie byli ludźmi głębokiej wiary, cenili wartości przekazywane przez kościół katolicki i w ich duchu wychowywali swoje dzieci i wnuki . Miłość rodziców była dla wszystkich dzieci wzorem. Państwo Olszewscy zmarli w krótkim po sobie czasie – w odstępie zaledwie dwóch miesięcy. Nie umieli bez siebie żyć. 
Elżbieta i Krystyna ceniąc wyżej wymienione wartości zdecydowały się związać swoje życie rodzinne i zawodowe z Olszewo-Borkami. Krystyna pozostała w domu rodzinnym, a Elżbieta pobudowała dom na części rodzinnego siedliska. Na koniec rozmowy padły znamienne słowa: - Tu jest nasze miejsce, to jest nasz dom. Tu jest nam najlepiej.

wspomnienia mieszkanek Elżbiety Kacprzyk i Krystyny Milewskiej

Witamy na naszej stronie

To jest przykładowa treść, możesz ją zamienić własnym tekstem i obrazkami.

Tutaj będzię Twoja treść. Tutaj będzię Twoja treść
Szukaj